Motocyklem przez Himalaje – część II

Kontynuujemy opowieść o podróży motocyklowej, podczas której Michał wraz z Linasem, postanowili zmierzyć się z trasą z Manali do Leh w Himalajach. Dla przypomnienia, jest to jedna z najgroźniejszych tras na świecie, położona w północnych Indiach, a jej długość wynosi ponad 550 km. Nasi zmotoryzowani himalaiści, postanowili pokonać ją na poczciwych Royal Enfield. Motory te są najstarszą na świecie marką nieprzerwanie wytwarzaną, której początki produkcji sięgają lat 90. XIX wieku. Przeczytajcie jak przebiegł drugi dzień tej wyjątkowej podróży i jak sobie radzili na trasie.

DSC_0360

Keylong – Sarchu, czyli 130 kilometrów nieprzerwanych emocji

 

Przebudziłem się o 4 nad ranem. Sen w górach jest niespokojny i płytki, ale było jeszcze dość ciemno, więc udało mi się ponownie zasnąć. Obudziłem się ponownie o ósmej, wyrwany ze snu przez warkot motocyklowego silnika. Niektórzy podróżnicy wyruszali w góry naprawdę wcześnie. Jasne słońce, od samego rana silnie rozgrzewało swoimi promieniami pokryte rosą podłoże. Mocno oświetlało wyjątkowej urody góry, śnieżne szczyty i skalne koryta. W takich okolicznościach natury wstawało się z wielką przyjemnością. Po obfitym śniadaniu wzięliśmy wszystkie swoje rzeczy na motocykle i ruszyliśmy w dalszą podróż.

^7A65D64E5B107CA2CC556DEAA1284544831E739A84D36DA4EF^pimgpsh_fullsize_distr

Już po pierwszym kilometrze, rozpostarły się przed nami niesamowite widoki. Przysporzyły nam one wielu radosnych emocji, a w głowie przewijała się myśl – „Życie jest niesamowite.”

DSC_0204

Krajobraz ciągłe się zmieniał. Od pasm górskich w kolorze jasnoszarym, po wzgórza w kolorze ciemnej gładkiej czerwieni. Aż trudno było uwierzyć, jak różnorodna jest kwitnąca tam roślinność. Wysoko w górach było jeszcze sporo śniegu, który usypywany przez silny wiatr w bajkowe czapy, tworzył malowniczy widok. Po drodze gdzieniegdzie mijaliśmy górskie jeziora powstałe z topniejących lodowców. Taka kąpiel w „lodowcu” to dopiero ekstremalne przeżycie – wiem to od Linasa, który sprawdził to na własnej skórze i postanowił zrobić “orzełka” na śniegu w środku lata.

DSC_0317

Jakość trasy ciągle się zmieniała. Były odcinki z doskonałą drogą, a napotykaliśmy też na takie, gdzie trasa była niemalże nieprzejezdna. Jak chociażby potwornie wąski odcinek, którego połowa szerokości była pochłonięta przez osuwisko. Trzeba było być bardzo ostrożnym. Miejscami nasze pojazdy zatapiały się w strumieniach górskiej rzeki. Woda sięgała tam aż do połowy wysokości koła, więc można było odczuć wrażenie, że motocykl „płynie” z prądem. Ponadto na dnie strumienia znajdowało się dużo kamieni, które z łatwością mogły pokaleczyć nam stopy, dlatego też na tym odcinku czujność była konieczna. Podobno, indyjski rząd inwestuje w infrastrukturę drogową, ale jeszcze długo zajmie im osiągnięcie dobrego poziomu, a o drogach “europejskich” mogą tylko pomarzyć. Ale taki właśnie urok himalajskich tras, dzięki którym tego typu wyprawy są prawdziwym wyzwaniem.

^682B4D8752016A8AFB02EBB08E7DDC30C35754A6E1343F4854^pimgpsh_fullsize_distr

Po drodze mijaliśmy osady i zabudowania. Mniejsze i większe wioski. Bardzo intrygujące było dla nas to, jak tutejsza ludność żyje i jak sobie radzi w tamtejszych warunkach. Ludzie żyją tutaj bez pieniędzy i prowadzą głównie handel wymienny. Akurat przejeżdżaliśmy przez hinduską wioskę, gdy na drogę wybiegły nam miejscowe dzieciaki. „Chocolate, chocolate” – zaczęły krzyczeć, wesołym głosem, wieszając nam się na szyje.

DSC_0258

Otworzyłem plecak i rozdałem im słodycze, które spakowaliśmy na podróż. Uradowane dały się sfotografować. Trochę czasu z nimi spędziliśmy. Urocze jak wiele szczęścia może dać tabliczka czekolady. Dla tych dzieci zachodni turyści są jedyną okazją na skosztowanie markowych słodyczy, które wysoko w górach są nieznane.

DSC_0251

Na tej trasie zawsze spotyka się wielu innych motocyklistów. Większa część z nich to lokalni mieszkańcy Indii, a cała reszta to turyści. Tego dnia po drodze nawiązaliśmy kontakt z podróżującą równolegle z nami, tą samą trasą, grupą Amerykanów i Hiszpanów. Ciekawie było wymienić się perspektywami i doświadczeniami z pierwszego dnia. Dyskusje kontynuowaliśmy wieczorem, gdyż zatrzymaliśmy się na tym samym campingu.

^C43E21707154B6A89A36EFDE0B11208F7E7B81D1B68F0F4F84^pimgpsh_fullsize_distr

Zanim jednak przywitały nas namioty, musieliśmy przeprawić się przez Bara-lacha Pass, przełęcz położoną na wysokości 4890 metrów n.p.m. , będącą najwyższym punktem na trasie Keylong – Sarchu. Dla przypomnienia najwyższy szczyt w Europie – Mount Blanc, ma “zaledwie” 4809 metrów. Wysokość tą dało się odczuć. Profilaktycznie zażyliśmy aspirynę, aby nieco rozrzedzić krew, co pomaga przetrwać taką wysokość bez widocznych objawów choroby wysokościowej.

DSC_0297

Tego dnia pokonaliśmy łącznie 130 km. Do celu dotarliśmy około godziny 16.00. Pole campingowe w Sarchu, położone na wielkim płaskowyżu, było przepełnione turystami. Na szczęście udało się wynająć miejsce w małej „Jurcie” – 2-osobowym namiocie z wojskowymi pryczami i… toaletą! Obecność wychodka w namiocie była najbardziej zaskakująca. Na kolacje zjedliśmy oczywiście lokalne potrawy, po których niestety dostałem strasznej zgagi. Całe szczęście jeden z poznanych w drodze Hiszpanów pracował dla firmy farmaceutycznej i miał ze sobą cały plecak środków na zgagę, ból głowy i wszystkie inne przypadłości, jakie mogą pojawić się w górach na drugim końcu świata. Na szczęście pomogły.

^5992F34F178869B94CF2BD92470DB9BFCA5B8F259E48FE19AD^pimgpsh_fullsize_distr

Piękne gwiaździste niebo, przepowiadało nam dobrą pogodę. Ale noc była niesamowicie zimna. Temperatura spadła do kilku stopni Celsjusza. Ubrałem się w możliwie jak najcieplejsze ubrania, wskoczyłem w śpiwór i okryłem dwoma kocami. W końcu udało mi się usnąć i spokojnie przespać cała noc. To dobrze, bo jutro przed nami ponad 250 km do celu.


Comments

comments