Motocyklem przez Himalaje – dotarcie do celu

Przed Wami trzecia część relacji z motocyklowej podróży Michała i Linasa przez Himalaje. Zdążyliście już przeczytać o tym jak wyglądały przygotowania i pierwszy dzień na trasie, na jakie przygody natrafili nasi podróżnicy podczas drugiego dnia, a teraz dowiecie się jak dotarli do celu oraz co i kogo, zastali na mecie !  

 

Ostateczne starcie, czyli droga Sarchu – Leh

 

Tylko zaczęło świtać i już było słychać dźwięki kuchni, a wraz z nimi odgłosy odpalanych silników motocyklowych. W górach nikt nie próżnuje. Wstaje się skoro świt, gdy słońce leniwie wznosi się nad horyzontem, a w powietrzu czuć jeszcze wilgoć i rześkość chłodnej nocy. Ten klimat pobudza człowieka niczym zimny prysznic. Wstaliśmy pełni entuzjazmu, świadomi, że przed nami ostatni, a zarazem najtrudniejszy dzień podróży. Do pokonania mieliśmy 240 km. Prawie tyle samo co w dwa poprzednie dni. Zjedliśmy szybkie śniadanie i wyruszyliśmy w drogę, pozostawiając w tyle obóz i nasz namiot. Zapowiadał się długi i wyczerpujący dzień.

DSC_0179

Na początku trasa była prosta, bez wielu zakrętów, jednak słaba jakość asfaltu pozwalała rozpędzić się jedynie do 25 km/h. Na domiar złego po przejechaniu pierwszych kilku kilometrów napotkaliśmy korek. To oczywiste, że motocykle nie stoją w korkach, więc ominęliśmy wszystkie stojące auta na dystansie około 400 metrów, jednak dalej jechać już nie mogliśmy.

 

Naszym oczom ukazał się zerwany most. W Europie, gdy jeden most jest nieprzejezdny, jedziesz parędziesiąt kilometrów dalej i przejeżdżasz przez rzekę kolejnym lub używasz promu. W Indiach najbliższy most zazwyczaj znajduje się za siedmioma górami i siedmioma lasami. Czyli daleko, bardzo daleko. Musieliśmy czekać, aż ktoś go naprawi.

^84953545DC2E70F3525FF4FB3802A724FB3F19428C9855227E^pimgpsh_fullsize_distr

W tym rejonie (a był to już Kaszmir) 90% dróg i mostów ma strategiczne znaczenie dla armii, która jest w stanie ciągłej gotowości na wypadek wojny z Pakistanem. Dlatego “ekipa naprawcza”, złożona z 2 robotników naprawiających most oraz około 10 wojskowych i oficjeli, którzy ich nadzorowali i obserwowali, pojawiła się bardzo szybko i równie szybko zabrała się za naprawę.

DSC_0344

A teraz zagadka: Co potrzeba, aby naprawić uszkodzone przęsło mostu?

 

A) Ciężki sprzęt budowlany i dźwig?

B) Maszynę spawalniczą, zestaw dużych nitów i parę stalowych belek do przymocowania?

C) Łom i 20 metrów drutu grubości kabla do ładowarki?

 

Chyba każdy, kto żyje na tych terenach wie, że najlepszym sposobem, aby zreperować most nad stumetrową przepaścią jest łączenie ze sobą kilkutonowych elementów za pomocą cienkiego drutu i układanie innych elementów przy pomocy łomu. Po takiej konstrukcji nie jest łatwo przejechać bez zastanowienia się “czy oni wiedzą co robią?”

DSC_0340

Widocznie wiedzieli, bo udało nam się bez problemu przejechać na druga stronę, a zaraz za nami na most zaczęły wjeżdżać nawet wyładowane żwirem ciężarówki. Nie wiemy co było potem, ale przynajmniej przez najbliższe kilka kilometrów nie było słychać przeraźliwego huku, spadających w przepaść samochodów i mostu.

DSC_0348

Fantastyczne i zapierające dech w piersiach widoki lada moment wszystko zrekompensowały i sprawiły, że w mig zapomnieliśmy o straconych na przeprawę 2 godzinach. Różnorodna roślinność i ośnieżone szczyty, cały czas robiły na nas wrażenie. Krajobraz, jak i warunki na drodze co chwilę się zmieniały. Co raz przejeżdżaliśmy przez szerokie doliny, które po kilku kilometrach zmieniały się w wąskie wąwozy. Tego dnia wznieśliśmy się najwyżej. Było też najbardziej niebezpiecznie. Przejeżdżaliśmy przez najwęższą część trasy, między dwoma skałami, gdzie droga stanowi tylko wykute zagłębienie w skale. Spoglądając w dół widać było poszarpane skały i dno płynącej górskiej rzeki.

^0CD9698B18945A8B84FFEE461816BE375CF53888BE675B06B4^pimgpsh_fullsize_distr

Nieoczekiwanie w dolinie dostrzegliśmy leżący motocykl, a wyżej kilkadziesiąt metrów nad nim, ludzkie sylwetki. Wśród nich rozpoznaliśmy naszych znajomych motocyklistów, z którymi spotkaliśmy się na trasie i na kampingu. Obraz ten przeraźliwie skojarzyliśmy z jakąś katastrofą. Po chwili zorientowaliśmy się, że nasz znajomy Amerykanin miał wypadek, przewrócił się, a motor spadł w dół wąwozu i roztrzaskał się o skały… Milion myśli na raz pojawiło się w mojej głowie. Czy żyje? Jak daleko stąd jest do szpitala? Chyba ze 150 km! Zasięgu GSM nie miałem już od półtora dnia. Jak wezwać helikopter? Może kierowcy ciężarówek mają telefon satelitarny?

Podjechaliśmy bliżej. Okazało się, że szczęśliwie facet spadł z samego motoru tuż przed tym, jak jego jednoślad poleciał w przepaść. Ledwo uszedł z życiem… Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że nasza wyprawa, choć od początku mówiliśmy sobie, że będzie bardzo niebezpieczna, faktycznie mogła w każdym momencie skończyć się tragicznie, a niebezpieczeństwa czyhały za każdym zakrętem. Po tej sytuacji byłem jednocześnie szczęśliwy, że nic mu się nie stało, ale i wstrząśnięty, bo zobaczyłem, jak blisko czają się niebezpieczeństwa. Rozmyślałem o tej sytuacji jeszcze przez wiele kilometrów.

DSC_0199

Tego dnia sięgnęliśmy jednej z najwyższych przejezdnych przełęczy świata – Tanglang La, mającej 5359 metrów wysokości. Na tej wysokości w powietrzu jest blisko połowę mniej tlenu niż w naszym biurze w Warszawie. Ogranicza to znacząco wydolność organizmu do tego stopnia, że każdy krok wymaga nieco wysiłku. Ponadto tuż przed samą przełęczą zdarzył mi się wypadek. Podczas gdy wyprzedzałem motocykl z dwoma hindusami, kierujący nim nagle zmienił pas i wjechał prosto we mnie. Szczęście w nieszczęściu, że od razu przewróciłem się na ziemię, a nie straciłem panowania nad motocyklem. Mogło skończyć się tragicznie, zwłaszcza, że był to znów odcinek z przepaściami dookoła! Ze zderzenia wyszedłem z ogromnymi siniakami na piszczeli i udzie – na szczęście nic nie złamałem. Złamane natomiast było lusterko mojego motocykla i bez niego musiałem kontynuować podróż. Co gorsza, niedługo potem pogoda znacznie się pogorszyła. Padało i zaczęło się robić bardzo zimno.  Założyłem na siebie wszystkie ciepłe rzeczy, które miałem, łącznie z szalikiem i rękawiczkami! Trochę pomogło, ale zmęczenie robiło swoje. Od tego momentu przygoda coraz bardziej wyglądała jak poważne wyzwanie. Ze względu na śliską nawierzchnię, trzeba było wzmóc czujność i jechać jeszcze wolniej niż dotychczas. Zaczynało brakować mi sił, a przed nami było jeszcze kilkadziesiąt kilometrów.

 

Ostatnie 40 kilometrów było chyba najdłuższymi w moim życiu. Obolała noga nie dawała o sobie zapomnieć, a ze zmęczenia chciało mi się już tylko krzyczeć. Im bliżej celu byliśmy tym bardziej chciało się dodać gazu, żeby osiągnąć cel jak najszybciej. Te 40 kilometrów, ostatnia prosta przed Leh, to była ciągła walka racjonalnego umysłu, który wciąż widział roztrzaskany motocykl, ze zmęczeniem, które sugerowało brawurę i szeptało “szybciej, nic się nie stanie, tam czeka na ciebie nagroda w postaci ciepłego łóżka i jedzenia”. Na tym odcinku już co parę kilometrów musieliśmy robić postój, bo oczy same się nam zamykały. Na horyzoncie zobaczyliśmy w końcu upragniony cel…

 DSC_0369

 

Cel osiągnięty – Leh

 

 W końcu, po 12 godzinach podróży dojechaliśmy do Leh Wyczerpałem wszystkie zapasy energii. Ostatni raz byłem tak zmęczony podczas pierwszej próby wejścia trekkingowego na Elbrus. Oparłem się o motor i przez dwie minuty stałem bez ruchu. Potem zjadłem batona czekoladowego i dopiero po chwili byłem w stanie się uśmiechnąć. Linas miał widocznie ze mnie niezły ubaw, bo szybko wyciągnął telefon i zrobił ze mną krótki wywiad.

DSC_0375

Musieliśmy jeszcze znaleźć nasz hotel, co też było niemałym wyzwaniem. Udało się nam po blisko godzinie. Po zimnym prysznicu, wreszcie mogłem spojrzeć na to wszystko na trzeźwo. Wtedy dotarło do mnie, że rzeczywiście zrobiliśmy coś wielkiego (jak na nas oczywiście). Wieczorem poszliśmy na triumfalną kolację. Po powrocie do hotelu nasz gospodarz poinformował nas, że nazajutrz w miejscowej świątyni pojawi się… nie kto inny jak sam Dalajlama. Ciężko było nam w to uwierzyć, bo różnych przygód mieliśmy aż nadto, ale okazało się, że Leh to jego ulubione miejsce, do którego przylatuje latem, gdy nie podróżuje po świecie. Poranek mieliśmy więc już zaplanowany.

DSC_0377

Następnego dnia poszliśmy na centralny plac, żeby go zobaczyć. Spodziewaliśmy się wielkich tłumów, ogromnej eskorty, antyterrorystów… Tymczasem było zupełnie inaczej. Duchowy przywódca spokojnie przechadzał się ulicami miasta w towarzystwie kilkuset turystów i jeszcze mniejszej grupy mieszkańców. Od Dalajlamy czuć było ogromny spokój i promieniującą dobroć. Udało mi się nawet zadać mu pytanie, gdy stał 2 metry od nas i oddzielał nas od Niego jedynie jeden rząd spragnionych spotkania z Nim turystów. “Co zrobić, aby na świecie zapanował pokój?”. Nic lepszego nie przyszło mi w tamtej chwili do głowy i zakładam, że to pytanie usłyszał już co najmniej tysiące razy. Odpowiedź była jednak dla mnie bardzo zaskakująca.

^CDC8CABCD21DF2407593607AD50D6852522C44EDA1594B365E^pimgpsh_fullsize_distr

Czas wracać

 

Następnego dnia musieliśmy wstać po raz kolejny wcześnie rano, aby zdążyć na lotnisko. Nie uśmiechało nam się to wcale i chętnie zostalibyśmy w Leh jeszcze co najmniej tydzień. Bilety lotnicze mają jednak to do siebie, że widnieje na nich data lotu, a jej zmiana zazwyczaj kosztuje więcej niż sam bilet. Dlatego po zdaniu motocykli o 3 nad ranem zostały nam już jedynie 2 godziny snu. Gdy już świtało, obudziły mnie wpadające do pokoju promienie słońca. Spojrzałem na sufit i pomyślałem “Cholera! Promienie słońca o 5 nad ranem?” Zaspaliśmy! Zerwałem się z krzykiem z łóżka, stawiając Linasa na równe nogi i w samej bieliźnie wybiegłem do recepcji. Zdziwiona mina recepcjonisty była niezapomniana. Poprosiłem go o pilne zamówienie dla nas taksówki na lotnisko i równie szybko jak pojawiłem się w hotelowym lobby, wróciłem do pokoju. Okazało się, że zapewniony przez Linasa, iż ma ustawiony budzik, nie ustawiłem idąc spać swojego, natomiast bateria w telefonie Linasa rozładowała się, bo zmęczony zapomniał podłączyć ją na noc do ładowarki. Splot nieszczęśliwych zdarzeń spowodował, że do odlotu samolotu zostało nam półtorej godziny, a my wciąż byliśmy w hotelu. Wskoczyliśmy do taksówki gdy tylko pojawiła się na podjeździe hotelu. Kierowca chyba sam zauważył, że nam się spieszy, bo od razu przełączył swój tryb kierowania ze “zwyczajny kierowca taksówki” na “hinduski pirat drogowy”. Po 15 minutach byliśmy na lotnisku – cali i zdrowi, ale bogatsi o kolejne przeżycie.

 

Gdybyśmy tylko mieli coś takiego w ofercie! Nazwałbym to: “Ekstremalna przejażdżka pod prąd, na czerwonym świetle, wyprzedzając na trzeciego z hinduskim kierowcą wąskimi ulicami Leh”. Chyba żadna nazwa lepiej nie odda wrażeń.

 

Czas trwania? “Zwykle zajmuje 45 minut, ale z naszym kierowcą trasę pokonasz w kwadrans”.

 

Obowiązujący strój? “Możesz nie mieć koszulki, a buty trzymać w ręce – na lotnisku się ubierzesz”.

 

I najważniejsze: “Na realizacji możesz pojawić się spóźniony o godzinę. Na samolot i tak zdążysz”.

 

Lecieliśmy z lotniska wojskowego, więc podczas odprawy przechodziliśmy pięć różnych kontroli. Sprawdzali nas i bagaże na wejściu na lotnisko, w drodze do odprawy, tuż za odprawą, potem sprawdzali bagaże podręczne (dobrze, że nie kazali mi wyrzucać kupionego jedzenia, co przytrafiło się holenderce przede mną), a nawet tuż przed wejściem na pokład (i jestem przekonany, że to urządzenie nie działało, bo miało pustą przestrzeń na baterię!). Samo lotnisko wyglądało przerażająco – nierówne, betonowe płyty, zaniedbane wnętrze. Nie wspomnę jak wyglądały toalety. Sam start też nie należał do przyjemnych. Wyobraźcie sobie bardzo silne turbulencje, ale jeszcze przed oderwaniem się od ziemi. Tylko to nie były turbulencje, a niesamowicie nierówna płyta lotniska. Nie sądziłem, że takie lotniska w ogóle są dopuszczane do użytku. A może nie są dopuszczane? Kto wie. Mogłoby na to wskazywać położenie samego lotniska, które zmuszało samoloty do bardzo ostrego zwrotu tuż po starcie. Niewygody zrekompensowało nam jednak szybko pyszne jedzenie, które dostaliśmy w samolocie – ostre indyjskie danie – Tikka Masala.  To była pierwsza, od dawna wyczekiwana chwila relaksu.

DSC_0430

W Delhi Linas przygotował dla nas miłą odmianę. Zarezerwował wygodny, luksusowy hotel z basenem na dachu i innymi wygodami. Wystarczy powiedzieć, że w łazience fotografowaliśmy krany i klamki. Gdyby zobaczyła nas obsługa z pewnością wyrobiłaby sobie ciekawe zdanie o Polakach i Litwinach.  Nie chcieliśmy jednak tracić zbyt wiele czasu na “zwiedzanie” hotelu. Dziesięciomilionowe Delhi czekało na nas, a my mieliśmy tylko jeden wieczór na jego poznanie Złapaliśmy najbliższą rikszę i udaliśmy się na szaloną przejażdżkę po mieście. Ale to już zupełnie inna historia…

 

– “Co zrobić, aby na świecie zapanował pokój?”

 

– “Musimy wszyscy pracować, ciężko pracować. A co najważniejsze, musimy pracować razem, bo w tym tkwi siła budowania pokoju, aby robić to razem.”

 

Michałowi i Linasowi udało się pokonać jedną z najbardziej niebezpiecznych górskich autostrad na świecie, trasę z Manali do Leh. Polak i Litwin, których połączyły pasje do gór, do jednośladów, a przede wszystkich pasja do życia, przeżyli niezapomnianą przygodę. Już niebawem opublikujemy smaczki z całej podróży do egzotycznych Indii. Takie historie są dla nas żywą inspiracją, wierzymy, że dla Was również !

 

Nissan GTR

Japończycy są znani ze swojej precyzji i zamiłowania do technologii. Uwielbiają sushi, a ich pop-kultura jest jedną z najbardziej zaskakujących na świecie. Ponadto kochają również filmy z Godzillą oraz… samochody. To widać na przykładzie Nissana GTR – ten wóz ma w sobie tyle duszy, że ludzie którzy go stworzyli, muszą naprawdę ubóstwiać auta.

DSC_0565

O japońskich samochodach głośno jest w zasadzie od zawsze. Kto nie słyszał o nieustannej rywalizacji Subaru i Mitsubishi? Widok Hondy, Mazdy lub Lexusa też nikogo nie dziwi. Za to GTR przykuwa spojrzenia wszystkich. Co takiego ma w sobie następca modelu Skyline?

 

Nissan GTR wszedł do masowej produkcji w 2008 roku, ale emocje z nim związane zaczęły się wcześniej. Świat motoryzacji oczekiwał, że tak samo jak Skyline, GTR będzie samochodem sportowym klasy średniej. Po mniej lub bardziej kontrolowanych przeciekach i plotkach, widziano w nim rywala dla najsłynniejszych japońskich wozów – Subaru Imprezy i Mitsubishi Lancera. Prawda okazała się jednak zupełnie inna – GTR stanął w szranki z supersamochodami klasy Lamborghini i Ferrari.

DSC_0619 (1)

Japończycy udowodnili, że wszystko jest możliwe, jeśli jest się odpowiednio upartym i precyzyjnym. Każdy silnik montowany w Nissanie, jest składany ręcznie. A jest co składać! Jednostka V6 o pojemności 3.8 litra przy podwójnym turbodoładowaniu generuje 480 koni mechanicznych w wersji podstawowej. Dodajmy do tego dwusprzęgłową skrzynię biegów, napęd na cztery koła i otrzymujemy przepis na naprawdę mocne auto. To jednak elektronika sprawia, że GTR jest autem Wybitnym. Komputery i układy scalone na bieżąco monitorują całą masę czynników wpływających na jazdę i na ich podstawie rozdzielają moc na poszczególne koła oraz regulują zawieszenie.

 DSC_0599

Ale nie tylko mechanika wpływa na osiągi tego auta. Nadwozie, na pierwszy rzut oka odbiega od formy, do której przyzwyczaiły nas włoskie superauta. Od razu widać, że inżynierom Nissana bardziej zależało na funkcjonalności niż elegancji. Każdy detal, poczynając od masywnego spoilera, a kończąc na specjalnym ukształtowaniu bocznych lusterek, służy zachowaniu jak największej przyczepności. Wszystko to sprawia, że Nissan w dniu premiery był w w stanie osiągnąć 100 km/h w czasie 3,5 sekundy. Oznacza to, że przyspieszał szybciej niż Gallardo, Audi R8 czy Ferrari F430. Celowo piszę w czasie przeszłym – od premiery minęło już osiem lat. Odświeżona wersja, która wejdzie na rynek już w 2017, do setki rozpędzi się w 2,7 sekundy. To tylko o 0,2 sekundy wolniej niż Bugatti Veyron. Haczyk polega na tym, że nowy Nissan będzie miał “tylko” 570 koni, podczas gdy Veyron ma ich 1000. Mimo mocy i przyspieszenia, Nissan prowadzi się rewelacyjnie. Japończycy zadbali nawet o takie detale, jak specjalne żłobienia w felgach, które zapobiegają ześlizgnięciu się lub zerwaniu opony przy zbyt szybkim wchodzeniu w zakręty. Brzmi to groteskowo, ale w wypadku tego auta, istnieje realna potrzeba takiego rozwiązania.

DSC_0616

Nissan GTR został otoczony swoistym kultem. Jest wychwalany pod niebiosa przez fanów motoryzacji z prezenterami Top Geara na czele. W Japonii, z powodu mocy, agresywnej bryły i warkotu silnika ma pseudonim “Godzilla”. To jeden z ulubionych samochodów miłośników tuningu. W wyścigach na ¼ mili biorą udział egzemplarze, które po ogromnych modyfikacjach posiadają moc ponad 2000 koni mechanicznych. Tak radykalny tuning udaje się oczywiście nielicznym. Jedna z tak doładowanych wersji, stworzona przez tunerów ze stajni AMS, nosi wiele mówiącą nazwę Alfa Omega. Zazwyczaj modyfikacje nie idą aż tak daleko, ale ten przykład doskonale pokazuje potencjał, jaki drzemie w japońskiej maszynie.

 

To oczywiście tylko suche fakty. Nic nie zastąpi możliwości poprowadzenia tego auta i poczucia jego przyspieszenia na własnej skórze. Jeżeli chcesz się przekonać, ile radości może dać przejażdżka tym autem, to pomożemy Ci spróbować. Zamiast kupować GTRa, wskocz na tor i wciśnij gaz do dechy.

 

Upominki bez sztampy

Oczami Pulsu Biznesu. Poniżej przeczytacie, co donoszą o Nas branżowe media.


Gdy w 1989 r. w Anglii Rachel Elnaugh zastanawiała się, jak w nietypowy i oryginalny sposób podarować swojemu ojcu prezent w postaci biletów na mecz krykieta, w Polsce najpopularniejszym prezentem były goździki i para rajstop na Dzień Kobiet. Gdy młoda Brytyjka zakładała Red Letter Days i wyznaczała drogę, którą następnie podążyły inne firmy oferujące prezenty w formie przeżyć, w kraju nad Wisłą nikt nawet nie myślał, że można okazać wdzięczność trafniej, niż wręczając bombonierkę.


DSC_0533-1
Potrzebowaliśmy jeszcze 18 lat, żeby dojrzeć do zmiany myślenia, w wyniku której dziś coraz chętniej zamiast przedmiotów, dajemy bliskim niezapomniane przeżycia.


Edukacja rynku


Jako pierwsza na polskim rynku z ofertą nietypowych podarunków pojawiła się marka Wyjątkowy Prezent, będąca częścią spółki CGB, zarządzanej przez Linasa Ceikusa, Alexa Gibba oraz Jakuba Matuszewskiego.

Założyciele, budując coś zupełnie nowego, potrzebowali przede wszystkim ludzi z otwartymi umysłami, których kreatywność była kapitałem nie do przecenienia. Nie mniej niż oryginalnych pomysłów na start potrzebowali jednak pieniędzy. – Na początku musieliśmy zadbać o system, na którym oparliśmy stronę internetową i platformę rezerwacyjną. Znaczące były też koszty opracowania komunikacji graficznej, logotypów etc. Oprócz tego: koszty biura i jego wyposażenia, koszty marketingowe oraz początkowe koszty współpracy z partnerami. Ostatecznie na rozpoczęcie działalności online wydaliśmy około miliona złotych – podsumowuje Jakub Matuszewski, dyrektor zarządzający Wyjątkowego Prezentu.

Już w 2007 r. zaproponowali Polakom, żeby zamiast perfum wręczyli obdarowywanej osobie zabieg w spa, zamiast modelu samolotu do sklejania – lot widokowy, a zamiast bombonierki – degustację różnych rodzajów czekolady. – Naszym celem od początku jest konsekwentne edukowanie rynku i zmienianie filozofii wręczania prezentów – zaznacza Matuszewski.


Konkurują jakością


Pomysł spodobał się nie tylko kupującym, ale też potencjalnej konkurencji. Szukając dziś voucherów na niezapomniane przeżycia, znajdziemy wielu dostawców, a wśród nich m.in.: Katalog Marzeń, Prezent Marzeń, Cudowny Prezent, Prezentokrację, Prezent Życia, Experiago, Golden Gift czy Golden Moments. Stała baza prezentów powtarza się w ofercie każdej z firm, ale są też perełki, które wyróżniają je na tle innych.

– Flagowym projektem Wyjątkowego Prezentu jest unikalne, wyostrzające zmysły wydarzenie kulinarne, czyli Kolacja w Ciemności – mówi Jakub Matuszewski. Tylko w Katalogu Marzeń znajdziemy masaż kostką lodu, a jedynie w Prezencie Życia – warsztat baristyczny. Działając na podobnych zasadach, mając podobną ofertę i kierując ją do tych samych grup odbiorców, firmy prezentowe konkurują przede wszystkim jakością proponowanych usług. Te zaś świadczone są przez partnerów, więc żeby mieć pewność co do jakości, niezbędna jest ich weryfikacja.

– Ufamy naszym partnerom w kwestii jakości ich usług, ale weryfikujemy je. Najważniejsze jest dla nas zdanie klientów. Dostajemy wiele różnych opinii na temat realizacji i jeżeli zachodzi taka potrzeba, wyjaśniamy każdą sprawę osobno. W rolę testerów wcielają się też nasi pracownicy, których opinia o usługach jest dla nas miarodajna – mówi dyrektor zarządzający Wyjątkowego Prezentu, który współpracuje z 400 partnerami realizującymi zakupione w WP prezenty.


Nowoczesne narzędzie nagradzania


W 2012 r., po kilku latach działania w sferze e-commerce, Wyjątkowy Prezent postanowił wyjść poza przestrzeń wirtualną i otworzył pierwszą Wyspę Przeżyć w Złotych Tarasach w Warszawie.

Dziś na terenie całej Polski funkcjonuje 25 wysp handlowych oraz sklep firmowy w Warszawie. W planach jest otwarcie kolejnych 10 punktów sprzedaży do końca roku.

– Średni koszt otwarcia takiego punktu, włącznie z logistyką, zatowarowaniem, kosztami samej wyspy oraz najmu, wynosi średnio 75 000 zł – przybliża Jakub Matuszewski, który nieustannie szuka sposobów na rozszerzenie działalności firmy. Jak dotąd przyjęta strategia sprawdza się, bo Wyjątkowy Prezent posiada przeszło 50% rynku prezentów w formie przeżyć, a vouchery na prezenty można nabywać również w ponad 1500 sklepach partnerskich.

Nietypową formą prezentu zainteresowały się również firmy, które korzystają z voucherów jako narzędzi motywacji. Szczególny nacisk na ten aspekt kładzie Experiago, które od 2009 r. wspiera firmy w nagradzaniu i motywowaniu pracowników oraz budowaniu trwałych relacji z kontrahentami. Prezenty w formie przeżyć traktowane są jako nowoczesne narzędzie nagradzania.


 Źródło: Upominki bez sztampy, Puls Biznesu, 23.08.2016 r.

 

Motocyklem przez Himalaje – część II

Kontynuujemy opowieść o podróży motocyklowej, podczas której Michał wraz z Linasem, postanowili zmierzyć się z trasą z Manali do Leh w Himalajach. Dla przypomnienia, jest to jedna z najgroźniejszych tras na świecie, położona w północnych Indiach, a jej długość wynosi ponad 550 km. Nasi zmotoryzowani himalaiści, postanowili pokonać ją na poczciwych Royal Enfield. Motory te są najstarszą na świecie marką nieprzerwanie wytwarzaną, której początki produkcji sięgają lat 90. XIX wieku. Przeczytajcie jak przebiegł drugi dzień tej wyjątkowej podróży i jak sobie radzili na trasie.

DSC_0360

Keylong – Sarchu, czyli 130 kilometrów nieprzerwanych emocji

 

Przebudziłem się o 4 nad ranem. Sen w górach jest niespokojny i płytki, ale było jeszcze dość ciemno, więc udało mi się ponownie zasnąć. Obudziłem się ponownie o ósmej, wyrwany ze snu przez warkot motocyklowego silnika. Niektórzy podróżnicy wyruszali w góry naprawdę wcześnie. Jasne słońce, od samego rana silnie rozgrzewało swoimi promieniami pokryte rosą podłoże. Mocno oświetlało wyjątkowej urody góry, śnieżne szczyty i skalne koryta. W takich okolicznościach natury wstawało się z wielką przyjemnością. Po obfitym śniadaniu wzięliśmy wszystkie swoje rzeczy na motocykle i ruszyliśmy w dalszą podróż.

^7A65D64E5B107CA2CC556DEAA1284544831E739A84D36DA4EF^pimgpsh_fullsize_distr

Już po pierwszym kilometrze, rozpostarły się przed nami niesamowite widoki. Przysporzyły nam one wielu radosnych emocji, a w głowie przewijała się myśl – „Życie jest niesamowite.”

DSC_0204

Krajobraz ciągłe się zmieniał. Od pasm górskich w kolorze jasnoszarym, po wzgórza w kolorze ciemnej gładkiej czerwieni. Aż trudno było uwierzyć, jak różnorodna jest kwitnąca tam roślinność. Wysoko w górach było jeszcze sporo śniegu, który usypywany przez silny wiatr w bajkowe czapy, tworzył malowniczy widok. Po drodze gdzieniegdzie mijaliśmy górskie jeziora powstałe z topniejących lodowców. Taka kąpiel w „lodowcu” to dopiero ekstremalne przeżycie – wiem to od Linasa, który sprawdził to na własnej skórze i postanowił zrobić “orzełka” na śniegu w środku lata.

DSC_0317

Jakość trasy ciągle się zmieniała. Były odcinki z doskonałą drogą, a napotykaliśmy też na takie, gdzie trasa była niemalże nieprzejezdna. Jak chociażby potwornie wąski odcinek, którego połowa szerokości była pochłonięta przez osuwisko. Trzeba było być bardzo ostrożnym. Miejscami nasze pojazdy zatapiały się w strumieniach górskiej rzeki. Woda sięgała tam aż do połowy wysokości koła, więc można było odczuć wrażenie, że motocykl „płynie” z prądem. Ponadto na dnie strumienia znajdowało się dużo kamieni, które z łatwością mogły pokaleczyć nam stopy, dlatego też na tym odcinku czujność była konieczna. Podobno, indyjski rząd inwestuje w infrastrukturę drogową, ale jeszcze długo zajmie im osiągnięcie dobrego poziomu, a o drogach “europejskich” mogą tylko pomarzyć. Ale taki właśnie urok himalajskich tras, dzięki którym tego typu wyprawy są prawdziwym wyzwaniem.

^682B4D8752016A8AFB02EBB08E7DDC30C35754A6E1343F4854^pimgpsh_fullsize_distr

Po drodze mijaliśmy osady i zabudowania. Mniejsze i większe wioski. Bardzo intrygujące było dla nas to, jak tutejsza ludność żyje i jak sobie radzi w tamtejszych warunkach. Ludzie żyją tutaj bez pieniędzy i prowadzą głównie handel wymienny. Akurat przejeżdżaliśmy przez hinduską wioskę, gdy na drogę wybiegły nam miejscowe dzieciaki. „Chocolate, chocolate” – zaczęły krzyczeć, wesołym głosem, wieszając nam się na szyje.

DSC_0258

Otworzyłem plecak i rozdałem im słodycze, które spakowaliśmy na podróż. Uradowane dały się sfotografować. Trochę czasu z nimi spędziliśmy. Urocze jak wiele szczęścia może dać tabliczka czekolady. Dla tych dzieci zachodni turyści są jedyną okazją na skosztowanie markowych słodyczy, które wysoko w górach są nieznane.

DSC_0251

Na tej trasie zawsze spotyka się wielu innych motocyklistów. Większa część z nich to lokalni mieszkańcy Indii, a cała reszta to turyści. Tego dnia po drodze nawiązaliśmy kontakt z podróżującą równolegle z nami, tą samą trasą, grupą Amerykanów i Hiszpanów. Ciekawie było wymienić się perspektywami i doświadczeniami z pierwszego dnia. Dyskusje kontynuowaliśmy wieczorem, gdyż zatrzymaliśmy się na tym samym campingu.

^C43E21707154B6A89A36EFDE0B11208F7E7B81D1B68F0F4F84^pimgpsh_fullsize_distr

Zanim jednak przywitały nas namioty, musieliśmy przeprawić się przez Bara-lacha Pass, przełęcz położoną na wysokości 4890 metrów n.p.m. , będącą najwyższym punktem na trasie Keylong – Sarchu. Dla przypomnienia najwyższy szczyt w Europie – Mount Blanc, ma “zaledwie” 4809 metrów. Wysokość tą dało się odczuć. Profilaktycznie zażyliśmy aspirynę, aby nieco rozrzedzić krew, co pomaga przetrwać taką wysokość bez widocznych objawów choroby wysokościowej.

DSC_0297

Tego dnia pokonaliśmy łącznie 130 km. Do celu dotarliśmy około godziny 16.00. Pole campingowe w Sarchu, położone na wielkim płaskowyżu, było przepełnione turystami. Na szczęście udało się wynająć miejsce w małej „Jurcie” – 2-osobowym namiocie z wojskowymi pryczami i… toaletą! Obecność wychodka w namiocie była najbardziej zaskakująca. Na kolacje zjedliśmy oczywiście lokalne potrawy, po których niestety dostałem strasznej zgagi. Całe szczęście jeden z poznanych w drodze Hiszpanów pracował dla firmy farmaceutycznej i miał ze sobą cały plecak środków na zgagę, ból głowy i wszystkie inne przypadłości, jakie mogą pojawić się w górach na drugim końcu świata. Na szczęście pomogły.

^5992F34F178869B94CF2BD92470DB9BFCA5B8F259E48FE19AD^pimgpsh_fullsize_distr

Piękne gwiaździste niebo, przepowiadało nam dobrą pogodę. Ale noc była niesamowicie zimna. Temperatura spadła do kilku stopni Celsjusza. Ubrałem się w możliwie jak najcieplejsze ubrania, wskoczyłem w śpiwór i okryłem dwoma kocami. W końcu udało mi się usnąć i spokojnie przespać cała noc. To dobrze, bo jutro przed nami ponad 250 km do celu.


Włoska Modliszka

Marki Lamborghini nie musimy chyba nikomu przedstawiać. Model Gallardo to największy przebój firmy. Połowę wszystkich sprzedanych Lambo w historii stanowił właśnie on, który w 2014 doczekał się swojego następcy. Godnego następcy.

IMG_3167

Stworzony by rozbudzać emocje – Lamborghini Huracan nie od dziś zachwyca niejednego fana samochodów sportowych. Nazwany na cześć niezwyciężonego, hiszpańskiego byka z hodowli Conte della Patilla, z miejsca stał się przebojem i także przyczynił się do rekordowych wyników sprzedaży włoskiej marki. Huracana charakteryzuje dopracowany, ponadczasowy design połączony z funkcjonalnością.

 

Ale nie to jest najważniejsze.

 

Zbudowany od podstaw, na hybrydowej ramie podwozia, z włókien węglowych i aluminium o wadze niecałych 200 kilogramów, dzięki czemu masa auta wynosi zaledwie 1422 kilogramy. Opływowa konstrukcja aerodynamiczna oraz silnik wyposażony w 610 KM kwalifikuje tę maszynę do kategorii supersamochodów. Moc silnika jest dość duża, a w przypadku małej masy samochodu daje niesamowite efekty w postaci 325 km/h oraz 3,2 s do setki. Gdy obroty rosną budzi się chór młotów pneumatycznych to prawdziwy miód na uszy dla fanów sportowych samochodów!

IMG_3159

Serce Lamborghini znajduje się zaraz za plecami kierowcy oraz pasażera. 10-cylindrowy silnik o pojemności 5204 cm³ z napędem na cztery koła, został zaprojektowany tak by zachwycać. Pracę silnika reguluje piekielnie szybka, 7-biegowa dwusprzęgłowa skrzynia, która jest po prostu doskonała. Jeżeli mieliście okazje prowadzić Gallardo i byliście pod wrażeniem, to Huracan Was zmiecie – wszystko jest tu jeszcze bardziej dopracowane.

IMG_3133

Ta bestia, z rozjuszonym bykiem w herbie, zajmuje 4 miejsce na torze testowym Top Gear z czasem 1:15:8, zostawiając Gallardo daleko, daleko w tyle, poza pierwszą 10. To podkreśla jego wyścigowy temperament.

IMG_3131

Wnętrze zaprojektowane jest w duchu współczesnej prostoty, oparte na heksagonalnym atomie węgla. Skórzane fotele z przeszyciami cieszą oko, a unikalna szata graficzna dopełnia piękna tego auta. Motyw sześciokąta przewija się także w karoserii. Ta błyszczy się i przykuwa uwagę każdego! Kolor verde mantis z włoskiego oznacza zielona modliszka – co jeszcze bardziej podkreśla charakter tego superauta.

DSC_0619

Niesamowita moc i przyśpieszenie w połączeniu z nowoczesną technologią pozwala na płynne dostosowanie się do Twoich potrzeb oraz pozwala cieszyć się pełnym potencjałem tego samochodu niezależnie od posiadanych umiejętności. Ta mała bestia, która ma zaledwie 4,5 m długości jest całkiem zwrotna i zadziorna. Lamborghini przewidziało trzy możliwości trybu pracy podwozia oraz układu: Strada, Sport oraz Corsa. Wszystkie gwarantują komfortową jazdę oraz  genialną przyczepność, choć trybu Corsa nie zaleca się do codziennej jazdy. Nowością dla kierowcy na pewno jest wielofunkcyjna kierownica, do której trzeba się przyzwyczaić.

IMG_3213

Huracan wyceniany jest na około 1 mln zł, jednak spokojnie, nie musisz go od razu kupować, żeby sprawdzić jego możliwości! W Polsce na torze w Kielcach, który na razie jako jedyny posiada w swojej ofercie ten samochód, będziesz mógł na własnej skórze przekonać się temperamencie tego Super Auta.

Jeśli szukasz emocji i dobrej zabawy podczas jazdy to możesz być pewien, że to przeżycie Cię nie zawiedzie!

 

Motocyklem przez Himalaje

Pokonanie na motorze 550 km w ciągu trzech dni nie wydaje się trudnym zadaniem. Jednak przemierzenie takiej trasy po gładkiej nawierzchni to zupełnie inna sprawa, niż przejechanie pół tysiąca kilometrów przez Himalaje – jedną z najbardziej niebezpiecznych tras świata. Podniebna „autostrada” Leh-Manali przebiegająca przez przełęcze, łączące himalajskie szczyty, jest nie lada wyzwaniem. Najwyższy punkt trasy znajduje się na wysokości 5328 metrów. Dla porównania, najwyższy szczyt w Europie – Mont Blanc ma 4 809 metrów wysokości. 

 

^639A38381AF90D5FAE72478084795A52A09177BEA385995AAD^pimgpsh_fullsize_distr

Jak przebiegła podróż? Czy wszystko poszło zgodnie z planem? Co było największym wyzwaniem, a co najcenniejszą nagrodą? O tym jak wielkim sprawdzianem, a zarazem wspaniałą przygodą, była ta podróż dowiedzieliśmy się z samego źródła: Michała, Dyrektora ds. sprzedaży i rozwoju Wyjątkowego Prezentu, który wspólnie z Linasem – litewskim wspólnikiem Wyjątkowego Prezentu, przejechał tę trasę spełniając swoje marzenie.

 

^0CBC2553A7137A0351CFB9B6933D44B320839D5B4BEE8CB2C1^pimgpsh_fullsize_distr

Przyjazd do Indii

 

Dolecieliśmy do Delhi. Ghandi Airport, uznane drugi rok z rzędu za najlepszy port lotniczy na świecie, zrobiło na nas ogromne wrażenie. Wielkie migoczące billboardy, kolorowe szyldy, można było odczuć, że jesteśmy w Indiach – krainie reklamy.

Zjedliśmy pyszne indyjskie śniadanie – dosa, coś a’la naleśniki, które rwane i maczane w orientalnych sosach, smakowały bardzo dobrze. Lekko niewyspani, choć doładowani energią mogliśmy wyruszyć w poszukiwaniu naszego samolotu do Manalii. Gdy wreszcie znaleźliśmy się w samolocie, już na samym początku spotkaliśmy się z przeciwnościami losu. Z powodu złej pogody nasz samolot nie mógł wylądować na lotnisku Keylong, więc polecieliśmy do oddalonego o 360 km – Chandigarth. Stamtąd musieliśmy udać się lokalną taksówką do Manali. Choć Google Maps pokazywało, że podróż zajmie nam 3-4 godziny, w rzeczywistości trwała dwa razy dłużej. Trasa, którą jechaliśmy jest jedną z najbardziej ruchliwych dróg w tym regionie. Dodatkowo jest bardzo kamienista, pełna zakrętów i wzniesień, przez co przejazd nią zajmuje więcej czasu. W 33-stopniowym upale, jechała z nami dwójka podróżników z Portugalii i Niemiec. W drodze kierowca poinformował nas, że do Indii dotarły deszcze monsunowe, więc przez wszystkie dni naszej motocyklowej wyprawy mogą spotkać nas spore ulewy. Doprawdy świetna wiadomość! Jednak wcale nas to nie zniechęciło. I tak zamiast na 10.00, dojechaliśmy do Manali na kilka minut przed północą, bogatsi o zbiór hinduskich piosenek oraz rewolucje żołądkowe, jak po rollercoasterze 😉

DSC_0114 (1)

Manali

 

Po krótkiej nocy w hotelu, rzeczywiście obudził nas ulewny deszcz, hinduski kierowca nie kłamał. Jednak już w południe przejaśniło się i przestało padać, więc wyruszyliśmy zwiedzać miasto. Oczyszczone porannymi opadami, krystalicznie czyste, górskie powietrze było dla nas butelką orzeźwiającej wody w ciepły letni dzień. Od razu swoim pięknem odurzyły nas wspaniałe widoki – góry, potoki, rzeki, lasy. Natura otaczała nas z każdej strony.

13680262_10154410481438092_8150993866243676283_o

Śniadanie w kawiarni położonej w pobliżu rzeki to coś wspaniałego! Można było zachwycać się bez końca, a do pełni szczęścia brakowało nam tylko jednośladów. Udaliśmy się zatem do lokalnej wypożyczalni. Na miejscu spotkaliśmy się z bardzo świetną obsługę, która pokazała nam na mapie, które odcinki trasy są łagodne, a które niebezpieczne, gdzie zatrzymać się na nocleg, a gdzie na jedzenie. Jednak informacje o ostatnich miejscach gdzie żyją ludzie i gdzieś złapiemy zasięg sieci GSM, interesowały nas najbardziej. Po dokonaniu wszystkich formalności, wypożyczyliśmy słynne Royal Enfield.

DSC_0188

Wyruszyliśmy na przejażdżkę po mieście i na zakupy. Napełniliśmy zbiorniki paliwa, zakupiliśmy zalecane przez tubylców leki na chorobę wysokościową, orzechy i słodycze. Pełnia słońca i wspaniała pogoda, wprowadziły nas w dobry do rozpoczęcia podróży nastrój. Jednak to byłoby zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów, motocykl Linasa się zatrzymał. Okazało się, że jest uszkodzony alternator i musieliśmy wymienić pojazd na inny. Spowodowało to lekkie opóźnienie w naszej podróży, gdyż trzeba było wyrobić nowe zezwolenie niezbędne do wyjechania poza miasto. Całe szczęście wypożyczalnia była otwarta w niedzielę. Szczęście w nieszczęściu, że zdarzyło się to w Manali, a nie wysoko w górach.

 

Manali – Keylong

 

Gdy tylko Linas odebrał nowy motocykl, wyruszyliśmy na trasę przepełnieni mieszanką zapału, szczęścia, strachu i niepewności.  Po drodze zabraliśmy zapas wody – osiem 2-litrowych butelek  zapakowanych w kartonowe pudła, które przywiązaliśmy do sakw motorów.

DSC_0197

Początek trasy przebiegał samymi dolinami i był bardzo przyjemny, w miarę gładki, w dużej części asfaltowy. Później, gdy już znajdowaliśmy się na większych wysokościach, droga wspinała się po zboczach i przeskakiwała między szczytami w wysoko położonych przełęczach.

DSC_0211

Na tym pierwszym, 120-kilometrowym odcinku: Manali – Keylong, najwyższy punkt trasy sięgał 4 tys. metrów. Wiele słyszeliśmy o niebezpiecznej przełęczy Rohtang La, zwanej stosem zwłok, ze względu na ludzi umierających w złych warunkach pogodowych, próbujących ją przekroczyć. Mieliśmy okazję sprawdzić jej grozę na własnej skórze. Przełęcz łącząca dolinę Kullu z doliną Lahau, okazała się łatwiejsza niż myśleliśmy. Prawda – jest wąsko i kamieniście, jest stromo, tłoczno i wilgotno,  niemniej trafiliśmy na bardzo dobrą pogodę i przejechaliśmy trasę bez większych trudności.

DSC_0202

Przez cały dzień najbardziej zachwycało nas piękno przyrody. Raz za razem to mnie, to Linasowi wyrywało się z ust ciche „WOW”.  Zielone polany i lasy z czasem ustąpiły miejsca kamienistym pustkowiom, w tle których majaczyły ośnieżone szczyty. Podróż zajęła nam 7 godzin. Często zatrzymywaliśmy się by uchwycić na zdjęciach i filmach przebieg naszej trasy oraz piękno przyrody. Nie przyjechaliśmy w końcu po to, aby zwyczajnie pokonać tę trasę, ale żeby ją przeżyć.

 

Kiedy słońce zaczynało skrywać się za szczytami, dotarliśmy do Keylong – niewielkiej miejscowości, będącej dla większości przyjezdnych jedynie przystankiem na drodze do wielkiej przygody. Możliwie jak najszybszym sposobem znaleźliśmy hotel, co prawda bez ciepłej wody, ale nie zatrzymało to naszych chęci obmycia się z kurzu i pyłu. Wyczerpani, ale szczęśliwi padliśmy na łóżka, z myślą, że jutro czeka nas równie wspaniały dzień.

 

Jagoda na końcu świata – część II

Przed Wami druga część relacji z podróży na koniec świata. Zdążyliście już przeczytać jak wyglądały przygotowania, a teraz zobaczycie co poszło zgodnie z planem… a co poszło zupełnie nie tak.

 

Zacznijmy od tych rzeczy, które potoczyły się zgodnie z oczekiwaniami:

Po pierwsze, przede wszystkim postawiłam stopę na upragnionym końcu świata –zrealizowałam swoje marzenie. To ogromna radość i satysfakcja móc skreślić coś ze swojej listy „do zrobienia” (śmiech). Otrzymałam certyfikat przebycia szlaku na koniec świata, wisi na ścianie, będzie mi przypominał o podróży. Chociaż raczej i tak nigdy jej nie zapomnę (śmiech).

 

Po drugie, przejechałam całą zamierzoną trasę. Z całym sprzętem przy sobie, bez wyręczania się autem czy stopem. Zrobiłam nawet kilka kilometrów więcej, bo przejechałam także wzdłuż części wybrzeża Costa da Morte. Mimo przerażającej nazwy, miejsce jest przecudowne. Dotarłam aż do przepięknego rybackiego miasteczka Muxia.

20160701_163242

Zobaczyłam wiele niesamowitych miejsc, które wcześniej widziałam tylko w Internecie – to takie niesamowite uczucie kiedy widzisz piękną budowlę lub zapierający dech w piersiach widok i mówisz sama do siebie „WOW”! Takie wrażenie zrobił na mnie przepiękny zamek templariuszy w Ponferradzie albo celtyckie miasteczko O Cebreiro w Galicji.

 

Co poszło nie tak?

 

Bardzo zależało mi na przejechaniu Pirenejów, (granica francusko – hiszpańska) i podziwianiu pięknych widoków, jednak pogoda zupełnie mi nie dopisała na tym odcinku. Szczerze mówiąc, było ciężko.

 

W samym środku gór złapała mnie straszna burza. Byłam na otwartej przestrzeni, bałam się, że trafi mnie piorun. Taka ulewa w górach wygląda naprawdę kiepsko. Niebo było zamglone, a widoczność fatalna. Poza tym był to bardzo wymagający odcinek, strasznie wyczerpujący fizycznie, tym bardziej, że było bardzo ślisko. W pewnym momencie myślałam już, że nie dam rady, że jest naprawdę źle. Próbowałam przeczekać największą ulewę. Przykryłam się pokrowcem na rower i specjalną płachtą na ulewy – niewiele to pomogło. Jak tylko widoczność jako-tako się poprawiła ruszyłam dalej. Byłam zmarznięta i przemoknięta, ale powtarzałam sobie w myślach, że dam radę. Jak zobaczyłam zza mgły pierwsze zabudowania to myślałam, że rozpłaczę się ze szczęścia, że udało mi się wyjść z tego cało. Ten odcinek sprawił, że targały mną tak skrajnie różne i silne uczucia… coś takiego wzmacnia na całe życie. Jak to się mówi: „You never know how strong you are, until being stron is the only choice you have”.

20160707_074700

Innego dnia maiłam przygodę przy dość stromym podjeździe asfaltem jakąś mało uczęszczaną lokalną dróżką. Łańcuch spadł i skręcił się w tak niefortunny sposób, że w żaden sposób nie mogłam go naprawić. Już myślałam, że mi się zerwie. Na szczęście los mi sprzyjał i zjawił się jakiś młody mężczyzna.

 

Zawołałam do niego po hiszpańsku i poprosiłam o pomoc. Chłopak spieszył się na autobus, który jeździł w tych okolicach potwornie rzadko. Mimo wszystko pomógł mi (trochę to trwało) – chociaż uciekł mu autobus a ręce miał czarne aż po łokcie. Ja natomiast mogłam dojechać na koniec świata – bo zdarzyło się to już bardzo blisko celu. Uprzedzam pytanie: Nie, nie był wybitnie przystojny.

 

Parę razy zgubiłam drogę – raz nadrobiłam na darmo taki kawał trasy, że miałam ochotę rzucać rowerem. Zawróciłam na miejsce, w którym ostatni raz widziałam szlak i jakimś cudem się odnalazłam. Najadłam się nerwów, ale odbiłam to sobie na kolacji (śmiech).

 

Czego się nauczyłam?

 

Przekonałam się, że nie warto bać się swoich marzeń, nawet tych najbardziej ekstremalnych czy pokręconych. Trzeba podążać ku ich realizacji. Nawet małymi kroczkami.

 

Mam teraz takie poczucie, że niezależnie co się stanie, to i tak dam radę – mam takie poczucie, że mogę liczyć na siebie – chciałam to sprawdzić/ sprawdzić siebie przed samą sobą.

 

Uświadomiłam sobie, że „codzienne problemy są doskonale proste”. Podczas tej wyprawy, każdy dzień miał taki sam schemat. Na początek śniadanie, później trasa do pokonania, kąpiel, pranie i kolacja w jakimś fajnym miejscu. Brzmi monotonnie, ale każdy z tych dni był równocześnie zupełnie inny. Spotykałam innych ludzi (bądź w ogóle ich nie spotykałam), widziałam inne krajobrazy, obserwowałam jak zmienia się otaczająca przyroda itd. Ciekawa perspektywa.

20160708_131648

Poznajesz bardziej siebie, czujesz, ze konkretne uczucia rzeczywiście należą do Ciebie, a Twoje życie rzeczywiście jest Twoje. Czasem ma się chwile zwątpienia: po co tak się męczyć itd. – ale stwierdzasz, że takie jest życie: często bez cierpienia nie ma rekompensaty.

 

Nauczyłam się żyć tu i teraz. Czasami nie ma co za bardzo wybiegać naprzód.

Rozmawiałam z wieloma ludźmi, z innych krajów i nasuwał się jeden wspólny wniosek, że czasami gonimy nie wiadomo za czym i zapominamy o tym, co najważniejsze, dlatego należy się przebudzić: „Don’t dream your life’ live your dream”. Odważcie się spełniać marzenia!